Jeśli masz ochotę pogadać...



Jeśli masz ochotę pogadać... to śmiało pisz na gg 6821926. Może być o pogodzie, może być o kotach, a nawet o polityce. I tylko z pozoru jestem niedostępna ;)

czwartek, 28 lutego 2013

Koniec Lutego

Ujrzałam dzisiaj słońce na niebie - świecie! niedługo Cię zdobędę! Kocham wiosnę, chętnie oddałabym lato, żeby była trochę dłuższa. Uwielbiam patrzeć na rozwijające się pączki, dla mnie to najlepsza na świecie motywacja do działania. A od jutra jest MARZEC - najlepszy miesiąc w roku: jest Dzień Kobiet, moje urodziny, Nasza rocznica i P. urodziny. Generalnie, w marcu żyjemy od święta do święta.

Plan w tym semestrze zaczyna się klarować i wcale tak źle już nie wygląda. Większość ludzi oczywiście narzeka, że zawalili nam ostatni semestr, ale ja, szczerze mówiąc mogłabym siedzieć na uczelni od rana do wieczora. Lubię się uczyć, ale boję się też cholernie tego całego "po studiach". Muszę się jeszcze pochwalić, dostałam dzisiaj indeks i się przeraziłam: jedna 4, jedna 4+, reszta 5. To dla mnie ogromny sukces, na pierwszym roku moja średnia oscylowała wokół 3,5. Wizyta u promotorki też przebiegła pomyślnie, wszystko jest na dobrej drodze, żeby Emilka została magistrem biotechnologii.

Przed chwilą zepsułam światło w przedpokoju, pal licho jakby się żarówka przepaliła, ale ona się po prostu nie chciała zgasić. Majstrowanie przy korkach skończyło się źle dla telewizora i internetu. Zostawiam tą sprawę P., a Wy możecie sobie popatrzeć na jego zdolności:


Słodkie, prawda?


środa, 27 lutego 2013

Samorozwój na dziś

Nie, nie ma opcji, żebym była osobą zorganizowaną. Lubię siebie za swoje nieogarnięcie, zapominanie gdzie postawiłam rano kubek z kawą (jeszcze go nie znalazłam) i za to, że nie odróżniam strony prawej od lewej. Nie chcę być idealna, nie chcę budzić się i wiedzieć, co będę robiła w każdej minucie dnia. 

To wszystko nie znaczy, że nad sobą nie pracuję. Dziś przekonałam się do afirmacji, wypisałam sobie kilka życiowych celów, zapaliłam kadzidełka i świeczki, włączyłam nastrojową muzykę. Pobawiłam się też trochę w wizualizację i nieźle się przy tym bawiłam. Wyobrażacie sobie laborantkę z pipetą w ręku karmiącą kozę? 


Jestem w trakcie czytania dwóch "rozwojowych" książek. "Dusza Kobiety Ego Mężczyzny" trochę mnie rozczarowała. Teoretycznie jest to przewodnik dla niej i dla niego. Przeczytałam część, w której jako kobieta powinnam zrozumieć mężczyznę. I co się dowiedziałam? Że to jest wina żony, że jest zdradzana. I jeszcze, że w związku powinno się rozmawiać. To pierwsze mnie oczywiście mocno zdenerwowało, za to drugie rozśmieszyło. Część o duszy kobiety wydaje się być znośniejsza. Generalnie książka naszpikowana jest różnego typu afirmacjami, szukania podłoża zachowań w dzieciństwie, wybaczaniu itp. Wydana jest przez Studio Astropsychologii - a ja jako umysł ścisły nie jestem w stanie uwierzyć w pewne gadki. 

Druga to "Umysł kreatywny" Edwarda de Bono. Genialna w swojej prostocie. Książka to opis 62 ćwiczeń, a kluczem w nich są "przypadkowe wyrazy". Trzeba kombinować co ma piernik do wiatraka. Zrobiłam już kilka i jestem jak najbardziej zadowolona, parę połączeń w moim mózgu się na pewno dzięki nim aktywowało. 


A z rzeczy przyziemnych: 
  • kot próbuje mi udowodnić, że nie ułożę tych puzzli
  • jutro idę do promotorki i mam nadzieję zacząć drugą część pracy magisterskiej
  • dzisiaj bawiłam się programami do projektowania białek/enzymów - chyba to polubię
  • maseczka z żelatyny i mleka chciała mnie pozbawić twarzy

wtorek, 26 lutego 2013

Odpowiedzialność za swoje życie

Post pisany na gorąco i pod wpływem emocji.

Ludzie! To kim jesteście, co robicie i co osiągnęliście, zależy tylko i wyłącznie od WAS! 

Za pół roku kończę studia i chciał nie chciał, ale myśli się już o przyszłości. Często się o tym rozmawia. I co?  Ciągle, ze wszystkich stron słyszę narzekania. Najbardziej podoba mi się wina Tuska - chętnie bym się napiła. Krytykę słyszę głównie od ludzi, którzy o polityce nie mają pojęcia. Przepraszam, mają - czytają  tytuły artykułów na wp tudzież onecie. Ja nikogo nie bronię, nie uważam że nasz rząd jest cacy, ale... staram się zrozumieć. Przed wyborami przeczytałam programy partii, szczerze mówiąc z żadnym w 100% się nie utożsamiam, dlatego wybrałam mniejsze zło. Biorę odpowiedzialność za swój wybór, bo "czy robisz hip hop czy robisz g***, rób to do końca". 

Owszem, pięć lat temu mówili, że dziś będzie booom! na biotechnologów. Wybierając ten kierunek wiedziałam, że ani w Szczecinie, ani w okolicy, biotechnologii w czystej postaci nie ma. I chyba trzeba by było być niespełna rozumu, żeby sądzić, że w ciągu kilku lat powstanie tu prężnie działający ośrodek naukowy czy z nieba spadnie zagraniczny koncern biotechnologiczny. O tym trzeba myśleć PRZED studiami, a nie na piątym roku. Teraz jest obwinianie wszystkich wkoło, tylko nie siebie. 



Ludzie boją się odpowiedzialności za swoje czyny. NIKT nie kazał nam iść na studia. To był NASZ wybór. OD NAS zależy, co zrobimy z wykształceniem, które otrzymaliśmy ZA DARMO. 

Nie czuję się jakaś lepsza, aktualnie zawodowo jestem w czarnej dupie. To ja robiłam tylko to, co ode mnie wymagano. To ja nie przykładałam się do angielskiego. Martwię się o przyszłość, ale to, co się wydarzy, zależy TYLKO ode mnie. Mam świadomość, że jak gdzieś mnie drzwiami nie wpuszczą, to mam możliwość wejścia oknem. 

Został jeden semestr, cztery miesiące. Postaram się udowodnić sobie i innym, że można coś w tym kraju osiągnąć. Będziecie trzymać kciuki? 

niedziela, 24 lutego 2013

Sześć kobiet w domu

Jak wyjąć sobie z życiorysu dwa dni? Zaprosić rodzinę na weekend i mieć kotkę z pierwszą cieczką. Zaczęło się już w piątek, rodzice przyjechali do opery (sic! jako "emeryci i renciści" są w teatrach, kinach i innych odchamiaczach częściej niż ja, a 100 km do tych miejsc, to dla nich żaden problem), ale na weekend została tylko mama. Ojciec jest z tych, co to w obcym domu godziny spokojnie nie usiedzi, więc stwierdził, że "zimą nie ma po co do mnie przyjeżdżać". Słodko, prawda?

W międzyczasie P. siostra też zapowiedziała się z wizytą. Ok, żaden problem, raz dwa wyczarowałam dwie dodatkowe kołdry z koców. Wpadła wieczorem, teoretycznie tylko się przespać, ale... do trzeciej w nocy razem z moją mamą układałyśmy puzzle. Takie tam skromne, na dwa tysiące. Ooo, na tą chwilę prezentują się tak:


Odwykłam od zarywania nocek, więc jak tylko przyłożyłam głowę do poduszki to... o ósmej rano ze snu wyrwał mnie budzik. I taka tam wiadomość, że za 15 minut będzie u nas P. mama. I naprawdę, nie byłoby w tym nic dziwnego i nic stresującego, ale... nasze mamy się nie znały! Jesteśmy ze sobą prawie cztery lata, a jakoś okazji nigdy nie było, albo podświadomie ich unikaliśmy. W tej sytuacji nie miałam nawet czasu się zestresować, wyszło wszystko naturalnie, znalazło się mamine ciacho, kawa i było bardzo miło. P. miał w domu cztery kobiety + dwie kocice i wytrzymał. Chyba jakiś medal mu się należy. 

P.S. Zostałam teraz z tymi puzzlami sama... wrobiły mnie.

czwartek, 21 lutego 2013

Prawie jak randka

Proszę, powiedzcie mi, że wszystkie kobiety są takie rozkapryszone i humorzaste jak ja. No dobra nie muszą być wszystkie, wystarczą mi tylko te wyjątkowe. P. zabrał mnie na bilard, zabrał mnie do kina, przypominał o załadowaniu broni w śmiesznej strzelance, rozgrzeszył zjedzenie frytek po 21, a ja co? Zasypiałam "na smutno". I sama chciałabym wiedzieć, skąd ten stan. 

Ale od początku. Najpierw poszliśmy na bilard i w tym miejscu należy zaznaczyć, że żadne z nas grać nie potrafi. Nie byliśmy nawet pewni jednej z zasad i szukaliśmy trójkąta, ale gra (przy piwku) sprawiała nam dużą frajdę. Czasem udało się któremuś z nas zrobić prawie profesjonalny trick i wtedy to już w ogóle było WOW. 


Po bilardzie kino. Zdziwiło mnie, że P. chciał iść na "Poradnik pozytywnego myślenia" bo wiem, że nie przepada za tego typu filmami, a ja też uważam, że w kinie można obejrzeć lepsze produkcje. Jesteśmy z tych, co lubią sobie trochę podocinać, więc bez komentarzy (cichych oczywiście) się nie obyło. Wszystko było z uśmiechem do momentu jak wyszło na jaw, kto napisał list. Dla mnie kłamstwo jest gorsze nawet od zdrady. Wywiązała się mała dyskusja pomiędzy nami, a po wyjściu z kina Emilka oświadczyła, że jej film jej się nie podobał.



Oczywiście, że mi się podobał, co może być lepszego od dwóch świrów i domu wypełnionymi po brzegi natręctwami, tylko ta ich miłość kompletnie mi do gustu nie przypadła. W dupie mam mniejsze zło, albo kłamstwa w imię dobra. W tej kwestii świat widzę czarno-biało. 

A potem poszliśmy się postrzelać - znowu się zawiodłam, bo myślałam, że będę strzelać do P., a mi kazali w jakiś cyborgów. Ehh, ciężkie jest życie wkurzonej kobiety. Potem jeszcze wspomnienie z dzieciństwa - flippery i do domu. Uff. 

Chyba już wiem, co mnie wczoraj tak tknęło. Od jakiegoś czasu mam problem z porównywaniem się do innych. Filmowa miłość nijak nie mieściła się w mojej, wypełnionej do granic możliwości idealistycznym podejściem, głowie. Zaczęłam więc podświadomie szukać możliwych zagrożeń naszej miłości. O cholera, jak teraz to przeczytałam, to ja chyba jednak pasuję do tego filmu, kolejny świr. 

poniedziałek, 18 lutego 2013

Kacodziałek

Piąty rok studiów, a ja ululałam się kilkoma kieliszkami wina. Oczywiście to wszystko przez Rastuśkę, bo musiałam pić za nią. Poza dzisiejszym bólem głowy jest jeszcze większa strata, nie wytrzymałam i pokazałam P. prezent z okazji bycia fajnym facetem. Bardzo mu się spodobał, hihi.

Jak łatwo sobie wyobrazić, rano byłam nie do życia, ale chwała P., że wyciągnął mnie do sklepu. Mroźne, świeże powietrze dodało mi życia i już byłam gotowa do zdobywania świata. W Biedronce pożartowaliśmy sobie z kasjerką i uświadomiłam sobie coś bardzo ważnego: naprawdę niewiele trzeba, żeby wywołać uśmiech u innych osób. Żeby uprzyjemnić im resztę dnia. Ogólnie jestem z tych, co to wszędzie wokół dobro widzą: mężczyźni przepuszczają przodem kobiety w drzwiach, w autobusach starszym i kobietom w ciąży/z dziećmi ustępuje się miejsca, a w sklepach większość naprawdę szuka tego grosika, żeby ułatwić pracę kasjerkom.

Przypomniała mi się pewna zabawna sytuacja: szłyśmy z zajęć i mijałyśmy grupkę dziesięciolatków klnących tak, że uszy więdły. Koleżanka zwróciła im uwagę i już myślałyśmy, że zmieszają nas z błotem, a tu wyskakuje chłopaczek z tekstem "bardzo panie przepraszamy, nie zauważyliśmy, że przechodzimy obok kobiet". Pochwaliłyśmy małego dżentelmena i uwierzyłyśmy, że wcale nie jest tak źle z tymi dzisiejszymi dzieciakami.


A wracając do dzisiejszego dnia, to w końcu ruszyłam tyłek i poszłam na korepetycje. Oj, dużo pracy czeka mnie w tym semestrze, ale damy radę i na świadectwie będzie lepsza ocena niż na półrocze. Wracając pogadałam z mamą o cielęcinie, wołowinie i innych takich (jestem początkującą kurą domową, muszę się radzić osoby bardziej doświadczonej), a jak przyszłam do domu, to czekał na mnie obiadek:


Włączyłam komputer, a tam same dobre wiadomości: dowiedziałam się, że ostatni egzamin zdałam na 4+, kumpele z LO zapowiedziały się na jutro z wizytą i jeszcze e-mail z dobrymi wieściami od A. ;) I jak ja mam narzekać?

P.S. Wydrukowałam dziś wnioski na karty aglomeracyjne - rok się z tym nosiłam, więc dla mnie jest to sukces ;)

niedziela, 17 lutego 2013

Dzień kota

"Czy dom bez kota - najedzonego, dopieszczonego i należycie docenionego - zasługuje w ogóle na miano domu?"
Mark Twain

Ja sobie domu bez kota nie wyobrażam. Podejrzewam, że za kilkadziesiąt lat zostanę starą kociarą, która całą swoją nędzną emeryturę (z tak idealistycznym podejściem do życia nie liczę na luksusy) będzie przeznaczała na puszki dla sierściuchów. 

Wracając z prezentami dla moich dwóch cór pomyślałam, że dzień kota to dzień, który należy świętować należycie. Starszej kupiłam różowe wino, a młodszej bajki na dvd. I jeszcze kocie zabawki. Tak, to wszystko naprawdę dla nich! ;)


A teraz dzisiejsze boginie:


RASTI - stateczna kotka z grubym futerkiem. Kot ideał - je tylko ze swoich misek, śpi na plecakach i znika na długie godziny włócząc się po dworze. Przez długi czas zastanawialiśmy się, czy ona czasem nie ma problemu ze strunami głosowymi, bo wcale nie miauczała. Takie ciche, spokojne i mruczące pięć kilo :) Jest tak kochana, że wybaczyła nam nawet utratę macicy. 


GIZMO - u weterynarza okazało się, że to jednak Gizmella. Wiem, że jako matka nie powinnam tak mówić, ale jest po prostu głupiutka. Nie ma w ogóle instynktu samozachowawczego - przypaliła sobie futro chodząc po kuchence gazowej. Ma lepkie rączki, kradnie mi gumki do włosów i smakołyki (dziś np. gorącego pasztecika). W sumie to ona ma chyba jakiś fetysz związany z włosami... 

Niestety siostry niezbyt się lubią, może sytuacja się zmieni, jak wysterylizujemy młodszą... Wspólne zdjęcia wyglądają tak:


Kocham te dwie istotki, nawet jak budzę się z rybim łbem lub w osikanej pościeli. I z jedną i z drugą przechodziliśmy/przechodzimy niezła lekcję cierpliwości - dziecko to będzie pikuś. Tak, były nieprzespane noce :D

Mogę o nich pisać/mówić godzinami, ale Rasti woła mnie na winko ;)